34. " Tajemnica " - cz. I




     Ze wzgórza, ku płynącej dołem rzeczce, skręcała ocieniona klonami droga. Rose pobiegła w tamtym kierunku. Przestępując ‘próg’ lasu, niezwykle posępnego o tej porze roku i dnia, pochłonęła ją bezbrzeżna ciemnia. Co z tego, że przyspieszyła, jeśli wciąż miała wrażenie, że odległości, zamiast maleć, wydłużały się do niemiłosiernych dystansów? To tak jakby robiła kroki w tył, do samego końca sądząc, że idzie naprzód...
     Potknęła się; nawet ten cholery kamień zdawał się z niej szydzić! Upadła – rozdarta między słabością, rozżaleniem a wściekłością, zaciskała pięści. Drzewa wyciągały ku niej swe czarne, długie pazury, tworząc coś na kształt luźnej kopuły. Dryfująca nad gruntem mgła owinęła się wokół jej skulonego ciała, jak jedwabny, miękki szal. Gwiazdy nie błyszczały, nie oświecały drogi zbłąkanym – absurdalnie solidaryzowały się z nocą.
          Wszystko zastygło w przytłaczającej ciszy. Tylko ona... ot co... żałosny wyjątek... Zimowy wiatr tchnął w jej poukładane myśli apokaliptyczne spustoszenie. Rozbrzmiewała ich chaotyczną symfonią, pełną nieprzemyślanych, kłócących się ze sobą dźwięków...
     Klakson.
 - ZŁAŹ Z DROGI!
     Kilka kroków w bok, tak, tyle wystarczy... Kierowca wystawił przez okno środkowy palec - „kolejny szowinistyczny dupek”, pomyślała dziewczyna. Próbowała zebrać w logiczną całość swoje postrzępione uczucia, wyznaczyć sobie… im!... jakieś zadanie, jakiekolwiek, bo inaczej zwariuje! 
     Udało się.
Cel: dom.
     Minęła rodziców, którzy siedzieli przed kominkiem, wpatrując się leniwie w dogasające bierwiona. Nie zauważyli...
Cel: pokój.
     Wspięła się niemrawo po schodach, stopień po stopniu; wszystko tak się dłuży, tak męczy, tak przygniata do ziemi! 
Cel: zasnąć.
     Opadła bezwładnie na łóżko, wmawiając sobie do utraty zmysłów, niczym symboliczne liczenie baranków, że dzisiejszy koszmar okaże się jedynie zwykłym, sennym... koszmarem. Ale takim, przez który nie robi ci się na przemian gorąco i lodowato. Który nie powoduje, że twoje myśli krzepną w jednej sekundzie, by już w drugiej zalać cały organizm. Który nie sprawia, że nagle otwierasz walizkę i wrzucasz do niej tak, jak leci – nieskładnie i niczym w jakiś obłędnym amoku – wszystkie swoje ubrania, mając złudną nadzieję, że jutro... och tak, jutro... że już cię tu nie będzie.
     Migdałowe oczy zerkają z ukosa na czarny, niewyraźny kontur pobliskiego wzgórza, na którym króluje posępna wierzba i gdzieś tam, właśnie tam, jest...
 - Wygrałeś... – szepnęła oschle, ale jakby bez jej udziału. – Dobranoc.

     Nie spała dobrze tej nocy.

***

     Był ciasteczkiem, autentycznym ciasteczkiem i to takim... cóż, naprawdę wielkim - z wisienką, osadzoną delikatnie na jego ociekającym płynną czekoladą i wiórkami kokosu wierzchołku... Brakowało jedynie bitej śmietany i niezwykle głodnych kobiet, które żarliwie próbowałyby się do niego dobrać.
      „Ach...”
     Kiedy zmuszony był wstać, ponieważ jakiś wyjątkowo utalentowany idiota nakręcił zegar na ósmą rano, nie darł się wniebogłosy, kto to u licha zrobił, choć na początku, jak przystało na rozbudzonego, nieświadomego jeszcze człowieka, miał taki zamiar. Przeciągnął się, melodyjnie strzyknął kośćmi palców, co niektórych doprowadzało do szewskiej pasji, i przez chwilę zastanawiał się, co by tu dzisiaj zmajstrować, jak wykorzystać czas w najbardziej korzystny dla siebie sposób.
     Odgarniając kołdrę nieco rozleniwionym ruchem, zastygł nagle w impasie, po którym nastąpiła niespodziewana lawina zdarzeń. Rozradowany, jakby ktoś właśnie wstrzyknął mu dożylnie roczną dawkę endorfin, wyskoczył z łóżka i wybiegł na balkon, do którego drzwi znajdowały się w jego sypialni. Westchnął głęboko, silnie; nim zimowe powietrze dostało się do jego płuc, zdołało po drodze zamrozić wszystkie splątane żyłki i komórki - i to w takim stopniu, że Malfoy, pędząc na złamanie karku, wskoczył z powrotem do pokoju. Po jego ciele przeszła fala nieprzyjemnych dreszczy, którą automatycznie załagodził przypływ nagłego szczęścia.

     „Śpię. Śnię. Żyję!...”

     - Paniczu...?

     „Uchh! Co zaś?!”

     Raptownie spojrzał w kierunku drzwi. Spostrzegł dość tęgą skrzatkę, a także, ku własnemu przerażeniu, Zabiniego. Austina Zabiniego. Tego samego, przez którego ‘zwłoki’ przepadł niespełna miesiąc temu...
     Niemożliwe...?
 - Pan Draco kazał mi wprowadzić gościa – odparła skrzatka i wyszła, zatrzaskując za sobą drzwi.
     Z trudem przełknął ślinę, która przepłynęła przez jego zdławione gardło. Czuł się tak, jakby ktoś kazał mu przebywać w jednym pokoju z najprawdziwszym duchem i to takim, który niekoniecznie dobrze mu życzył.
     Rzucił Zabiniemu krótkie spojrzenie, ale szybko je spuścił; jeszcze bardziej pobladł. Otoczył się kołdrą, sięgnął po pierwszą lepszą koszulkę i spodnie, by następnie je na siebie nałożyć. Starał się nie patrzeć w stronę dość rozległej blizny, biegnącej głębokim, zaczerwienionym rowkiem wzdłuż lewego policzka Austina, ale wrodzona ciekawość skutecznie mu to utrudniała. Wspomniana szrama przywodziła Scorpiusowi na myśl tylko jedno...
 - Wyglądasz jak gangster – pozwolił sobie na drobną dygresję, która dla normalnego człowieka byłaby po prostu niewłaściwa.
     Krukon pozostawił to porównanie bez komentarza. Zaczynał mieć poważne wątpliwości, co do trafności wyboru dokonanego przez jego rodziców. Ten cały Scorpius zdecydowanie nie wyglądał na kogoś, z kim mógłby przeprowadzić normalną rozmowę, nie wspominając już o zaufaniu...
     Usiadł na wskazanym przez niego fotelu. Był spięty i poirytowany, co oczywiście nie uszło uwadze Malfoya. Ten wyciągnął w kierunku Zabiniego paczkę papierosów, ale usłyszawszy jednoznaczną odmowę, sam wetknął sobie do ust jedną Tiarkę i bezopornie ją zapalił. Ojciec chyba by go zabił, gdyby zobaczył, co teraz robi, a matka... Cóż, pewnie kazałaby mu zebrać z trawnika wszystkie pety, o których pozostawienie niesłusznie oskarżała służbę, a której winę w poczuciu zagrożenia zasugerował sam Scorpius. Przez dłuższą chwilę patrzyli na siebie w milczeniu, aż w końcu, nieco zniecierpliwiony Malfoy zabrał głos:
 - Nie chcę być uszczypliwy, ale ile jeszcze zamierzasz tutaj siedzieć? Muszę wiedzieć czy zostajesz na obiad, czy nie... – Kpił sobie i miał tego pełną świadomość. Był pewien, że Zabini zaszyci go jakąś równie ciętą ripostą, po której nie będzie wiedział, co odpowiedzieć, bo właśnie takie sytuacje zdarzały się w Hogwarcie. 
     Ale Austin wstał, najwyraźniej szykując się do wyjścia. To nie miało żadnego sensu, czuł się zażenowany całym tym kabaretem! Położył dłoń na klamce...
 - Poczekaj – usłyszał za plecami. Po rozbawionym i kpiącym tonie nie zostało ani śladu – na jego miejscu pojawiły się powaga i stanowczość, której nie warto było się sprzeciwiać. Odwrócił głowę – Malfoy opierał się o biurko z zaplecionymi na piersiach rękoma.
 - Jesteś jakiś dziwny – zauważył powoli Scorpius, robiąc ku niemu kilka kroków. – Co się zmieniło przez te tygodnie? – zmrużył oczy, spoglądając gdzieś w bok, byleby tylko nie na pokiereszowaną twarz Austina. – Czym cię tam naszpikowali? – dociekał podejrzliwie. Jeszcze chwila, a zacząłby wymieniać nazwy poszczególnych specyfików i ingrediencje, na jakie się składały. Był naprawdę niezły w te klocki.
 - Nikt w szkole nie wie, co się z tobą naprawdę stało, oprócz mnie i jeszcze takiej jednej... Chociaż pewnie i tak te kurze gnioty powitają cię w iście królewski sposób!... Ekhm... tak z ciekawości... Powiesz wreszcie, kto cię tak załatwił?!
     Zabini zacisnął usta w poziomą, siną kreskę; spuścił wzrok.
 - Nie pamiętam... – wypowiedzenie tych słów kosztowało go o wiele więcej, niż Malfoy w ogóle mógł sobie wyobrazić.
     Scorpius uniósł lekko brwi.
 - No tak, eee... to się zdarza... – „A... a to co? EMPATIA?! Ooo nie...! Nie będę cieplutkim Scorpiusikiem!”
 - Nie, nic nie rozumiesz!... – syknął z wyrzutem Austin, nerwowo pocierając dłoń wierzchem drugiej. -  JA... NIC... ZUPEŁNIE NIC... – zaczął kręcić głową, w prawo, w lewo, coraz bardziej posępniejąc.
 - Bez jaj – podsumował Scorpius nieco powątpiewającym uśmieszkiem, ale dostrzegając niemal śmiertelną powagę, wymalowaną na obliczu swego rozmówcy, rozdziawił usta. – Ożesz. – Przez chwilę czuł się dość przytłoczony dostarczanymi informacjami, które jedna półkula rozpatrywała w kategorii dramatu, a druga dość naciąganego science-fiction. Nie mniej jednak, gdy opadła fala zdumienia, napłynęło coś, co towarzyszyło Malfoyowi już od dłuższego czasu...
 - Nie mogę wrócić... TAM... nie wiedząc nic i nie znając nikogo – kontynuował Zabini, pochylając się lekko i garbiąc. – Cokolwiek o mnie wiesz albo nie wiesz... Na pewno jest to więcej niż ja potrafię sobie przypomnieć. Jestem w siódmej klasie, do końca zostało tylko pół roku, muszę to jako przetrzymać, ale... tylko jeśli mi pomożesz. Mam pustkę w głowię, nie rozróżniam twarzy.
 - To znaczy, że... – Malfoy zrobił krótką pauzę – że mnie też... eee... nie pamiętasz?
...przebiegłość...
     Austin przytaknął.
 - Zacznijmy od początku – powiedział ochoczo Malfoy, maskując oznaki zadowolenia. Gorsza Strona, która zdołała się w nim wygodnie zadomowić, przeniknęła do dominujących intencji. – Co chcesz wiedzieć? – spytał niepewnie, jakby chciał sprawdzić czy grunt pod jego stopami był na pewno stały. Nie lubił ryzykować, wiedząc, że może przy tym więcej stracić niż zyskać. Krótką chwilę później stwierdził z zadowoleniem, że jego sytuacja była wręcz idealna. Jego usta wygiął mefistofeliczny uśmieszek...
 - Wszystko! – wypalił Austin, a jego źrenice powiększyły się do takich rozmiarów, że Scorpius zaczął snuć domysły co do dawek psychotropów, które niewątpliwie serwowali mu w szpitalu między płatkami sałaty. Przez chwilę nawet rozważał, czy samemu nie wybrać się do sanatorium, ale w kolejnej chwili uświadomił sobie, że musi mieć wszystko pod kontrolą - tu, na miejscu, a jego urlop z pewnością by temu nie sprzyjał.
 - Chcę wiedzieć, jaki byłem, co robiłem, jakie miałem idee! – kontynuował zaciekle Krukon, dostrzegając malujące się na obliczu Scorpiusa zdumienie. – Muszę... A ty mi w tym pomożesz. – To już nie była prośba, ale rozkaz.
     Malfoy parsknął pod nosem.
 - To zdecydowanie twoja cecha – powiedział, uśmiechając się zgryźliwie. – „Ja chcę, a ty mi to dasz!” Nie ma, nie ma – pokiwał mu przed twarzą swoim palcem wskazującym, jak matka dziecku, które właśnie zostało przyłapane na podkradaniu świeżo upieczonych ciasteczek. – Coś za coś...
- Formalności odłóżmy na później... Zacznijmy od podstaw. Byłeś... jesteś... Prefektem Naczelnym Hogwartu, odbieranie Gryfonom punktów to twoje zadanie specjalne... – uśmiechnął się jadowicie. – Hej!, mam pomysł. – Podszedł do regału z książkami, a po chwili rzucił Austinowi jakiś niewielki, całkiem ładny, zdobiony motywem kwiatów, tom. Po krótkiej analizie zawartości chłopak stwierdził, iż był to album ze zdjęciami. Zerknął na pierwszą kartę, na której przyklejono fotografię przedstawiającą liczną grupę dzieci. Niektóre nawet do niego machały.
 - Rocznik dwa tysiące szósty* – mruknął Scorpius, zerkając kątem oka na album. – Nie twój – skorygował, kiedy Austin nachylił się nisko nad zdjęciem, próbując znaleźć wśród tłumu znajomą twarz.
 - Doskonały rekwizyt w szantażach...  kurczę, będę świetnym psychiatrą... – dorzucił z cwanym uśmieszkiem. Austin zdawał się tego nie usłyszeć. 
 - Przyjaźniliśmy się? – dociekał dalej Zabini, przewracając na kolejną stronę, skąd obserwowało go dwóch chłopców: on, w młodości, i... Scorpius. Obydwaj próbowali odbić się wraz z miotłami od podłoża. Najwyraźniej już we wczesnych latach swego życia kształcili się w zakresie znajomości Quidditcha i, co tu ukrywać, szło im to całkiem nieźle.
     Oczy Malfoy błysnęły tajemniczo.
 - W pewnym sensie... owszem. – Gdy to mówił, przed twarzą zdawały mu się przewijać poszczególne sceny z ich burzliwej znajomości. Kiedy to po raz pierwszy ojciec przyprowadził Zabiniego do posiadłości Malfoyów. Kiedy już zaczęli się kłócić o to, kto jest najlepszą drużyną Quidditcha, kto wiedzie prym wśród zespołów muzycznych, jakie zaklęcia są najtrudniejsze i jak oni potrafią sobie z nimi poradzić, udowadniając rzekome umiejętności na dżdżownicach, później na upierdliwych psach sąsiadów, aż koniec końców na sklątkach tylnowybuchowych gajowego i chuderlawych pierwszoroczniakach... Patrząc na tamte wydarzenia przez pryzmat czasu, Scorpius był w stanie nawet przyznać, że jego i Austina łączyło coś, co można by nazwać specyficzną przyjaźnią i to w bardzo wczesnym stadium. Później ich drogi rozeszły się tak szybko, jak złączyły w jedną. A główną tego przyczyną, jak młody Malfoy twardo zakładał do dnia dzisiejszego, było pojawienie się na horyzoncie Rose Weasley.
 - Powiedzmy, że poróżniły nas poglądy – wymruczał, dobierając słowa w taki sposób, żeby najprecyzyjniej odzwierciedlić prawdę, a jednocześnie, żeby nie zdradzić zbyt wiele. Niespodziewanie uderzyła go pewna zaskakująca, a zarazem dość przebiegła myśl. Mógł manipulować Zabini’m i to w najbardziej bezlitosny sposób. Umysł Krukona, absolutnie pozbawiony jakiejkolwiek treści, stał dla Scorpiusa otworem – mógł go zapełnić tym, czym tylko zechciał, umieszczając w nim podobne sobie przekazy. Prawdziwe wyzwanie!
     Z rozmyślań wyrwał go zainteresowany głos Austina.
 - Kto to?
     Scorpius odetchnął ukradkiem. Przez ułamek sekundy miał wrażenie, że Zabini spenetrował jego świadomość i wyciągnął z niej strzępy planowanej intrygi, a teraz zamierzał to właśnie wyjaśnić. „On naprawdę nic nie pamięta! Ciekawe, bardzo ciekawe...”, zarechotał w duchu, kiedy Austin postukał palcem o fotografię, na której widniała uśmiechnięta twarz Rose Weasley, a w jego tęczówkach pojawiły się płonące znaki zapytania.
 - Kto to? – powtórzył.
     Scorpius rzucił okiem na zdjęcie i przybrał dość obojętną minę.
 - Chodzi z nami do szkoły, typowa cnotka... – stwierdził beznamiętnie i stanął przy oknie, odwracając się do Krukona plecami.
 - Kim jest, lubię ją? – spytał Austin. Scorpius mógł przysiąc, że w jego tonie zadrżały nuty wściekłości, jakby aż mu było wstyd za zadawanie tak kretyńskich pytań.
     Malfoy zawahał się. Powiedzieć prawdę?  Poinformować Austina, że z dziewczyną ze zdjęcia łączyła go głębsza więź, przyjacielska więź, a może coś więcej...? „Ja i moje perwersyjne myśli?!” Zacisnął pięść na samo wspomnienie o ostatnim członie swojej przelotnej refleksji i, jakby chcąc zakamuflować ów odruch, włożył obie dłonie do kieszeni spodni. Nigdy nie potrafił zapanować nad swoimi rękoma. Mógł ugryźć się w język, a w innym momencie wystrzelić słowami niczym z karabinu maszynowego; umiał zmanipulować ludzi do takiego stopnia, by postępowali według jego wytyczonych instrukcji, zwłaszcza wtedy, gdy było mu na to rękę, a im niekoniecznie. Był mistrzem w swoim fachu. Agentem na misji specjalnej. Wykwintnym zabójcą ludzkich uczuć. ‘Wykwintnym’, bo w końcu nie brał się za byle co! „Tylko te ręce!...”, złorzeczył w myślach, skupiając wzrok na odległym wzgórzu.
 - Rose... Weasley... – wymruczał pod nosem dość obcym tonem, nie spuszczając spojrzenia z wystającego ponad horyzontem wzgórza, za którym znajdował się dom Weasleyów.
     Ciemna brew Austina wystrzeliła w górę.
 - No więc, co z nią? – zapytał z wyraźnym zniecierpliwieniem. Najwidoczniej Malfoy nie znał go na tyle dobrze, by udzielić odpowiedzi bez mrugnięcia okiem, a właśnie takiego człowieka potrzebował. Chciał się czegoś o sobie dowiedzieć, a nie paradoksalnie uświadamiać innych!
     Malfoy spojrzał na niego z rozdrażnieniem. Marnował czas, a ten jeszcze ośmielał się go pośpieszać?! Wycedził coś pod nosem, niewątpliwie szpetne przekleństwo i wziął głęboki oddech, byleby tylko stłamsić w sobie przemożną ochotę rozwalenia mordy Zabiniego.
 - Wasze relacje są raczej neutralne... ekhm... zdecydowanie... bardzo neutralne – odparł wreszcie. No cóż, oszukał go. Ta Gryfonka była przeszkodą, nawet kiedy nią nie była. Mimo to Malfoy miał głęboko zakodowane poczucie obowiązku zlikwidowania jej, ilekroć choć przez moment pomyślał, że mogłaby mu w jakiś sposób popsuć plany. Pewnie dlatego przez ostatnie tygodnie z tak upartą determinacją dążył do ostatecznego zniszczenia jej osoby... A metody do zrealizowania owego celu... cóż, zresztą dość niekonwencjonalne, zwłaszcza ostatnimi czasy... dziwiły nawet ich wykonawcę.
     Uchwycił zamyślone spojrzenie Austina. Umiejętności Zabiniego zawsze go intrygowały, nawet poniekąd mu zazdrościł tych idealnie wyważonych eliksirów i anielskiej cierpliwości w ich przygotowaniu, choć oczywiście nigdy się do tego nie przyznał. Dobrze byłoby więc mieć go po swojej stronie, a nie w opozycyjnej partii. No, chyba, że nie zdoła wskrzesić swoich ponadprzeciętnych talentów - których Scorpius nie omieszkałby się bezczelnie wykorzystać - bo wówczas byłby mu już zupełnie niepotrzebny. „Weasley to jak kula u nogi, trzymała go ode mnie z daleka, głupio myśląc, że tego nie widzę...”, stwierdził w myślach. Nagle, spośród tysięcy mniej i bardziej wyraźnych obrazów swego życia wyłonił kilka, celowo dobranych. Przypomniał sobie o skandalicznej kłótni Rose i Austina, której podmiotem - o dziwo - był on sam, a która miała miejsce na początku roku. Do tej pory nie zdołali się pogodzić. „I już tego raczej nie zrobią”, zmiarkował, jakby chciał usprawiedliwić swoje drobne kłamstewko, choć właściwie nie musiał tego robić. Ku swemu wielkiemu przerażeniu poczuł, że budzi się w nim dziwne... dość obrzydliwe... mdlące... zawiązujące gardło na gruby supeł... niepokojące i absolutnie nienaturalne uczucie...
Pomyślał, że...
Cóż...
Tak, jakby prawie...
No nie!...
Współczuł Zabiniemu.
     „Gdybym stracił pamięć, byłbym narażony na wpływ takich sukinsynów, jak ja! Konkurencja nigdy nie śpi!...”
 - A ty? – Intensywnie niebieskie oczy spoczęły na Malfoyu z wyrazem zaciekawienia.
     Scorpius, którzy wciąż trzymał ręce w kieszeniach i był obrócony przodem do okna, ani myślał na niego spojrzeć. Po raz pierwszy w życiu miał wrażenie, że jego kłamstewka wypłyną na wierzch znacznie szybciej niż poprzednie. I jak na razie miał to gdzieś. „’Cel uświęca środki’, jak powiedział ktoś cholernie przewidujący...” 
 - Co ja?
 - Dziwnie o niej mówisz... – zauważył niepewnie Austin, acz z odrobiną prowokacji w głosie.
     Scorpius poruszył się gwałtownie.
 - Dziwnie? – prychnął sztywno, jakby mówił do kogoś tępego, ale niemal od razu się zmitygował.
 - Mówisz tak, jakbyś... – zaczął Austin, ale Ślizgon przerwał mu sucho i wyniośle:
 - Bez psychologowania. Miesiąc w szpitalu zrobił swoje, jak widzę... – syknął, ale to przeklęte Współczucie-Mnie-Zabija kazało mu złagodnieć. – Chcesz odzyskać swoją osobowość, to ją odzyskuj. Ale moja jest nienaruszalna i taka pozostanie – spojrzał na zdziwioną twarz kolegi i przewrócił oczyma – czy ‘aluzja’ tylko po przeliterowaniu rzeczywiście staje się aluzją?!
 -...jej niezbyt lubił? – dokończył po chwili Austin, ignorując dość jasny komunikat Scorpiusa.
     Malfoy uśmiechnął się pod nosem.
 - Widzę, że nie do końca postradałeś zmysły, Zabini – zarechotał, wyciągając w jego kierunku swoją dłoń. – Myślę, że możemy rozpocząć naszą współpracę – spointował zgrabnie, z lekkim uśmieszkiem, w którym, ku zrozumiałej niewiedzy Austina, kryło się wiele podtekstów i niejasności.
     Austin popatrzył to na Malfoya, to na zawisłą w powietrzu rękę, znowu na blondyna, aż w końcu uścisnął krzepko jego dłoń. Nie miał pojęcia, że właśnie przypieczętował swój nowy rozdział życia - nie wiadomo czy lepszy, czy gorszy, ale z pewnością  i n n y...

*

     Wizyta Zabiniego, który wyszedł niespełna przed sekundą po kilku całkiem interesujących godzinach, sprawiła, że Scorpius poczuł się jeszcze silniejszy i jeszcze sprawniejszy w swojej wyrachowanej manipulacji, niż kiedykolwiek wcześniej. Dowartościował się, niezaprzeczalnie. Mimo początkowych protestów i wątpliwości, nie był to stracony czas. Wszystko układało się według planu, a nawet lepiej...
     Uśmiechając się pod nosem, sięgnął po album. Kiedy już miał zamiar odłożyć go na miejsce, usłyszał szelest papieru. Automatycznie zerknął w dół – jakieś zdjęcie opadło bezwładnie na podłogę. Pochylił się nisko i obrócił fotografię. Była to ta sama dziewczyna, na którą Austin zwrócił wcześniej uwagę. Mrugała zalotnie, ale dość nieśmiało w kierunku obiektywu, jak ktoś niezbyt pewny siebie. Wyglądała na dwanaście, może na trzynaście lat. Ktoś najwyraźniej zaczął się wygłupiać, bo drobna Rose zmarszczył nagle brwi i spuściła zażenowane spojrzenie - jej gęste rzęsy rzuciły na skórę półksiężycowate cienie – tak, jak wtedy, gdy spała, a on przyszedł i patrzył... i patrzył... 
     Scorpius nie wiedział, jakim sposobem owa fotografia znalazła się w jego osobistym albumie, natomiast doskonale wiedział, w jaki sposób z niego zniknie.
 - Cóż, mała... – wymruczał nonszalancko, starannie prostując zagięte rogi kartki – jak to dobrze, że zawsze wiesz, kiedy usunąć się w cień... – Schował zdjęcie do jakiejś pierwszej lepszej książki i zepchnął ją w głąb półki.
     Porwał w pośpiechu kurtkę i podrzucił beztrosko kluczyki od swojego najcenniejszego skarbu, łapiąc je z precyzją iście znamienitego Szukającego, jakiego mianem bezspornie szczycił się za murami Hogwartu. Wyszedł na balkon i przeskoczył przez kamienną balustradę, wprost na odśnieżony podjazd.

*

     Rose, zgodnie z instrukcją Fitzroya, opuściła swoje miasteczko około godziny piętnastej. Według wskazówek nauczyciela udała się do miejsca, gdzie zastała resztę uczestników konkursu z kręgu Hogwartu. A później... później znikła z życia Scorpiusa Malfoya. I z własnego również.
     A on, jak to miał w zwyczaju, gubił swoje myśli wraz z przebytymi kilometrami i silniejszymi podmuchami wiatru. Nieświadomie zamykał je w płatkach śniegu, których część wkrótce miała zasłać drogę i równie szybko na niej stopnieć; pozostała wciąż wirowała w powietrzu niczym zwinne baletnice z najlepszego musicalu. Całowały nosy i policzki przechadzających w pobliżu mieszkańców - zmęczone, miękko opadały w dół. Niektóre z nich spoczęły przed  j e j  stopami, a ona - roztargniona i smutna - zuchwale je podeptała. Może były to myśli o niej samej. Ale nie mogła wiedzieć, po prostu nie mogła. Jeszcze nie...
     Licznik pokazywał prędkość 120 km/h. Matka Scorpiusa z pewnością pokiwałaby karcąco palcem, gdyby wiedziała, co jej syn wyprawia na drodze, a ojciec... Cóż... uśmiechnąłby się za plecami żony i mrugnął porozumiewawczo, gdyż publiczne podważenie jej opinii byłoby wielce niekorzystne w jego sytuacji. Zarówno Draco, jak i Scorpius uważali, że nikt nie zrozumie ‘jak to jest’, dopóki sam nie spróbuje, a jakakolwiek krytyka przy użyciu licznych określeń „pirat drogowy!” ucichnie w jednej chwili, gdy na własnej skórze poczuje się tę  w o l n o ś ć. Bo ta wolność... bo przy niej... bo z nią... było się naprawdę wolnym.
     Gdy pokonał swój ulubiony kawałek trasy – leśną drogę, gdzie śnieżnym nalotem od czasu do czasu potrząsał wiatr, a poderwane płatki śniegu opadały mistycznie na zdradziecką ziemię niczym pióra aniołów – odetchnął głęboko. W tym miejscu było coś naprawdę magicznego, tak magicznego i tak ‘naprawdę’, że aż nawet dotarło to do hermetycznego Scorpiusa, który takie  b ł a h o s t k i  najzwyczajniej w świecie ignorował.
     Wyjechał na główną drogę, zwolnił. Musiał się mocno pilnować, bo w okolicy zauważył kilka radiowozów, a spisanie młodziaka, zwłaszcza takiego, który akurat nie miał prawa jazdy, z racji braku wymaganego przedziału wiekowego, było w sytuacji Scorpiusa naprawdę najmniej wskazaną rzeczą.  Nawet ojciec nie byłby w stanie go z tego wyratować.
     Skręcił w okrężną ulicę. Po niespełna kwadransie stanął przed nieco odrapanym budynkiem, mieszczącym się w jednej z mniej odwiedzanych dzielnic Londynu. Chłopak przesunął dłońmi po kierownicy i przełożył nogę, dołączając ją do drugiej. Kilka metrów dalej zauważył motor Zane’a.
     Żwawym krokiem wszedł przez bramę wejściową, nad którą wygrawerowany na szyldzie napis wskazywał na nazwę klubu, a którą była ‘Anathema’, co oznaczało nic innego, jak po prostu „klątwa”. Malfoy znalazł się nagle w ciemnym, podłużnym tunelu, w którym nie był w stanie dojrzeć zarysu własnych dłoni, a co dopiero drzwi. Nie był tu jednak pierwszy raz, doskonale wiedział o panujących ‘zasadach’. Hm... Jak brzmiało dzisiejsze hasło? Chwila, moment... Niechże sobie przypomni...
 - Dzień Dobry, Kochanie...? – wymruczał powoli, jakby w trakcie mówienia wciąż się zastanawiał nad tym, czy aby hasło podane przez Zane’a nie było zwykłym żartem. Kiedy jednak usłyszał cichy zgrzyt metalu – dźwięk otwieranego zamka – i kiedy przed jego nosem otworzyły się wielkie, mosiężne wrota, zarechotał z niedowierzaniem. Najwyraźniej drinkiem serwowanym tego dnia był napój o tym wdzięcznym brzmieniu. Uwagę Malfoya przyciągnął jednak inny element, o ile w ogóle napakowanych ochroniarzy można określić tak błahym słówkiem. Bezczelność, jak i zarówno ciekawość Scorpiusa podpowiadała mu pytanie: „Do diaska, skąd bierzecie te szympansie sterydy?!”, (w jego głowie zrodził się szatański pomysł dodania ich do lukrowych babeczek Bernie’ego i Ernie’ego) ale poczucie zagrożenia skutecznie wybiło mu ten pomysł z głowy. Jego metr osiemdziesiąt pięć w zestawieniu z dwumetrowymi dryblasami nabrało marnego znaczenia. Ale nie to wkurzało go najbardziej. Faceci nie wykonywali żadnych gestów – nie ściskali palców w pięść, nie uderzali jedną o drugą, nie wyszczerzali kłów niczym niedźwiedzie na przymuszonej diecie wegetariańskiej, jak to często robią tego typu ludzie w tego typu miejscach. Stali – niezachwianie i statecznie – z dłońmi splecionymi w miejscu, gdzie powinna znajdować się klamra od paska, a ich poważne miny – żadne grymasy, żadne durne uśmieszki! – za każdym razem doprowadzały Scorpiusa do szewskiej pasji! Byli nieodgadnięci. No nie, znowu nie mógł wytrzymać! Chyba by się zastrzelił, gdyby ktoś go teraz zauważył, ale... no dobra... Rozejrzał się gorączkowo w poszukiwaniu potencjalnego obserwatora i będąc już pewnym, iż w obecnej chwili stał tam tylko on, zaczął stroić przed ochroniarzami najróżniejsze miny – począwszy od zuchwałych, aroganckich i bezczelnych, a kończąc na żałosnych i wyuzdanych, za które w normalnych warunkach zostałby przez nich powieszony na pobliskiej latarni za... no cóż, po prostu za nogi. Doszło do tego, że sam rżał ze śmiechu na myśl o tym, co wyprawiał i jak komicznie musiał wyglądać, skacząc jak królik z mugolskiej reklamy baterii. Później zmrużył wściekle oczy, bo uświadomił sobie, że na dobrą sprawę jedyną osobą, która w tym momencie śmiała się każdym centymetrem swojego ciała, był wyłącznie on. Zrobił groźną minę i zgiął palce – z wyjątkiem środkowego i wskazującego, które lekko rozchylił. Powstrzymując rechot, zbliżył je do okolic swoich oczu, po czym skierował je w źrenice jednego z ochroniarzy, wykonując gest w stylu: „I see you...”.
 - Jeszcze tu wrócę... – Machnął ręką ze zrezygnowaniem i ruszył wzdłuż szerokiego, połyskującego granatowymi neonami korytarza o niskim, półkolistym sklepieniu. Muzyka dudniła o ściany, zdawała się je rozchylać i zwężać, w zależności od rytmu i natężenia piosenki. Scorpius ubóstwiał to miejsce – darmowe drinki, darmowy wstęp, darmowa loża dla VIP-ów, ale nic w tym dziwnego, wszak Anathema należała do brata Zane’a - Lucasa, więc ów kompleks przywilejów był jak najbardziej uzasadniony. Malfoy nader często powtarzał, jak „bardzo przyjaźnią się z Zane’em”, co było przecież zwykłą ściemą - ale za to jaką skuteczną!
     Scorpius strzepnął z marynarki niewidzialny pyłek i wzruszył ramionami, poprawiając tym samym kształt rękawów. Wplótł palce w swoje włosy i niedbale je przeczesał – wyznawał zasadę, że im większy nieład na głowie, tym lepiej, zresztą, ilość dziewczyn, które zostały przez nie zwabione, skutecznie to założenie potwierdzały.
     Wszedł do głównej sali, atmosferą przypominającą zmodernizowane katakumby. Z racji dość wcześniej pory, na parkiecie pląsało tylko kilka osób, nie to co w nocy, gdy cały budynek zdawał się trząść od mnogości kroków, głosów i dźwięków rozbijanego szkła. Z tęsknotą minął rząd połyskliwych kieliszków, które zdawały się unosić ku górze pod wpływem zdecydowanie za wysokiej liczby decybeli, i zaczął wodzić wzrokiem w poszukiwaniu Zane’a. W końcu go zobaczył - rozpartego wygodnie na ciemnej, niemal czarnej kanapie, z papierosem w jednej ręce, a z butelką w drugiej.
     Ruszył w tamtym kierunku.

~*~*~

*Bitwa o Hogwart miała miejsce w 1998 r. Z epilogu na końcu siódmej części („19 lat później...”) wynika, iż Rose i Scorpius mają po jedenaście lat.
A więc jest 2017 rok. Obecna akcja opowiadania toczy się jednak w 2022  lub w 2023 r. (zważając na fakt, że Rose i Scorpius są już w szóstej klasie, a wkrótce w opowiadaniu "zapadnie nowy rok"). To takie małe wyjaśnienie, niektórzy kompletnie nie zwracają uwagi na zbieżność dat i kanon, a myślę, że powinni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz